Cyrkowy tabor, czyli jesień w krainie Lum-Lums

Czwartego września dzieciaki wróciły do szkoły i przed południem na podwórku panowała cisza jak makiem zasiał. Życie wracało tu dopiero wczesnym popołudniem. Ciężko było powrócić do szkolnego rytmu po ponad dwóch miesiącach nieograniczonej swobody. Trzeba przyznać, że wszyscy z żalem żegnaliśmy lato. Dopóki dnie były długie, po powrocie ze szkoły dzieci miały czas na odpoczynek i odrobienie lekcji, a potem mogły się bawić do samego wieczora. Od połowy października musieliśmy jednak odwrócić harmonogram, bo dnie stawały się coraz krótsze i na zabawę pozostawało coraz mniej czasu. Nawet jesienna plucha nie zniechęcała ich do wyjścia z domu. Po zabawie w leśne dzieci, kraina Lum-Lumsów zamieniła się teraz w cyrkowy obóz. A to dzięki temu, że nasze miasteczko odwiedził cyrk, do którego zabraliśmy się całą grupą. Gadaniu o akrobatach i treserach koni nie było potem końca i tak oto głównym tematem zabaw stał się teraz wędrujący cyrkowy tabor. Między jarzębiną a szopą zawisła lina do chodzenia, na podwórku odbywają się konkursy żonglerki, a największym marzeniem Marty stało się posiadanie kilku papużek falistych, które by mogła wytresować tak jak dyrektor cyrku.

Żeby zapewnić dzieciakom przynajmniej trochę schronienia przed deszczem zabezpieczyliśmy wiklinowe tipi płachtami plastiku. Powoli musimy się też zacząć zastanawiać nad załatwieniem dla nich jakiegoś oświetlenia, żeby nie musiały tam siedzieć po ciemku… Dopóki niczego nie wymyślimy, latają ze zwykłymi ręcznymi latarkami, a ich światło migocze po zmroku na podwórku jak błędne ogniki…

Kilka zmian trzeba też było wprowadzić w kuchni. Zamiast zimnego kompotu przygotowujemy im teraz gorące kakao albo herbatę z miodem i cytryną, żeby nam za bardzo nie przemarzły. Nam, mamom z podwórka, najbardziej daje się jednak we znaki wszechobecne błoto. Po kolejnym deszczowym tygodniu musiałyśmy spasować – Lum-Lumsy dostały nakaz używania wyłącznie kaloszy i przeciwdeszczowych ciuchów, które muszą zdejmować przed wejściem do mieszkania, bo po prostu nie nadążałyśmy z praniem.