Jak się ubierają zbójnickie dzieci, czarodzieje i inni mieszkańcy krainy Lum-Lums…

Jak się ubierają zbójnickie dzieci, czarodzieje i inni mieszkańcy krainy Lum-Lums…

Pierwszą rzeczą, jaką robią moje dzieci po przyjściu ze szkoły, to wyskoczenie ze szkolnych ubrań i przebranie do zabawy na podwórku. Na „zwykłe okazje” służą do tego bardziej znoszone ubrania i dresy, które często trzeba wrzucić do pralki po jednym dniu takich podwórkowych szaleństw. Dodatkowo dostaję też niekiedy „zlecenia specjalne” na przebrania dostosowane do aktualnej zabawy. Celują w tym zwłaszcza Marta i jej koleżanki. Arkowi i innym chłopakom właściwie wszystko jedno, czy będą mieć „prawdziwą” zbroję, pelerynę czy powyciągany dres, ale w gruncie rzeczy i oni lubią się od czasu do czasu przebrać w coś ekstra.

Dzieci same sobie robią rekwizyty potrzebne do zabawy i dodatkowo mają do dyspozycji pudło z różnymi fatałaszkami, z których zawsze mogą coś sobie zaimprowizować. A ponieważ bardzo lubię przerabiać ubrania i buszować po second handach, więc w pudle często pojawia się coś nowego. Mamy tu już suknie balowe, tutu zrobione z firanki, mamy proste szatki z dużą ilością łat, których można używać do zabawy w leśne dzieci albo w piratów. Marta bardzo lubi pomagać mi w takich przeróbkach. Ja zazwyczaj zajmuję się tworzeniem modelu podstawowego, a ona z koleżankami –zapewnieniem dodatkowych akcesoriów. Cierpliwie przyszywają cekiny, ozdabiają sukienki własnoręcznie zrobionymi kwiatkami z materiału, obrębiają woalki i wycinają korony z papieru i idzie im naprawdę coraz lepiej.

Kiedy jest pogoda pudło z przebraniami ląduje na podwórku i każdy może sobie z niego wybrać to, co mu najbardziej odpowiada do akurat odgrywanej roli. W efekcie w dniach najlepszej zabawy roi się nam tu od kwiatowych wróżek, małych oberwańców i przemykających chyłkiem czarodziejów, kryjących się przed szponami mitycznych stworów.

Sąsiedzi czasem się dziwią, że tak nam się chce cały czas organizować coś dla tej naszej hałastry. Że tyle pieniędzy, tyle zachodu i wysiłku, kiedy to samo udałoby się osiągnąć o wiele mniejszym nakładem środków i czasu. Może i mają rację. Może to całe staranie o to, żeby ich kraina była coraz ładniejsza i trwalsza, żeby dobrze się przy tym odżywiały i miały motywację do nauki, czytania i w ogóle do rozwoju to tylko kolejny przejaw zbędnej rodzicielskiej troski. Może… ale kiedy widzę, z jaką dumą Arek pokazuje mi swoje kolejne wioskowe dzieło i z jakim zapałem Marta namawia koleżanki do przeczytania jej ukochanej „Narnii”, to myślę sobie, że może i wystarczyłoby im znacznie mniej, ale kto wie, może nie czuliby się wtedy aż tak szczęśliwi i związani z tym małym podwórkowym światkiem?

Ale odłóżmy na bok filozofowanie. Wiecie, co do tej pory było dla mnie największym wyzwaniem? Żadne tam szycie sukni balowych, wyplatanie wikliny, czy gotowanie trzy razy w tygodniu! Największym wyzwaniem było znalezienie sposobu na to, żeby w deszczowe dni dzieciaki nie wracały wyziębnięte i przemoczone do suchej nitki. Dopóki nie zaczęły się na serio bawić na zewnątrz nie miałam pojęcia, jak trudno jest znaleźć dobrej jakości nieprzemakalną odzież typu „outdoors”. Tu nie pomogły nawet second-handy, a specjalistyczne ubrania w sklepach sportowych mają tak niebotyczne ceny, że mogę sobie o nich tylko pomarzyć. W końcu udało mi się skompletować dla dzieciaków naprawdę dobrą i szczelną odzież, polując w internecie na zniżki do sklepu 5 10 15. Kupiłam tam wtedy zestawy trochę na wyrost, więc mam nadzieję, że będą pasować na Martę i Arka także i w tym roku. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *