Jak się to wszystko zaczęło

To było w kwietniu, a może w maju. Na naszym podwórku obok koszy na śmieci pojawiły się dwie duże niebieskie plastikowe beczki. Stały tam przez kilka tygodni, a potem znikły. Mniej więcej wtedy, kiedy nasze dzieci zaczęły znikać z domu na całe popołudnia. Mówiły, że idą się pobawić na podwórku. Wracały brudne, zmęczone i głodne jak wilki, ale szczęśliwe, a my cieszyliśmy się, że spędzają czas na świeżym powietrzu, zamiast ślęczeć w domu.

Pamiętam, że była już połowa czerwca. Wyszłam na podwórko wyrzucić śmieci i usłyszałam głosy naszych smyków dobiegające zza walącej się szopy na węgiel. Zajrzałam tam i zobaczyłam dziecięce miasteczko – tamte dwie beczki spod kosza i dwa szałasy, a wokół nich sześcioro czy siedmioro dzieci w wieku od pięciu do ośmiu lat. Rozmawiały o czymś z przejęciem. Przed nimi leżało stare prześcieradło, które wyrzuciłam poprzedniego dnia. Właśnie dyskutowały, co mają namalować na swoim sztandarze…

Wróciłam tam z Tomkiem, kiedy nasze dzieciaki poszły spać.

Poszliśmy wydeptaną przez nich ścieżką, żeby nie zostawić śladów. Okazało się, że to nie były tylko cztery domki – w sumie było ich siedem, w różnym stadium konstrukcji. Niektóre miały małe ogródki ogrodzone kamykami, szkiełkami i kapslami, przy jednym rozwieszono baldachim zrobiony z kolorowego ręcznika, kilka innych zrobione było z kartonowych pudeł z wyciętymi oknami i drzwiami. Pośrodku tego obozowiska stała rachityczna jarzębina-samosiejka, a pod nią okrąg z kamieni, na którym stał dziurawy garnek. Wszędzie odnajdywaliśmy coś, co wyrzuciliśmy w ostatnich tygodniach – puszki po konserwach, pudełka po czekoladkach, pusty flakonik po perfumach, doniczki, obtłuczone talerze i wazoniki, opakowania po mydle w płynie. Wszystko, czego pozbywał się świat dorosłych – lądowało tutaj i dostawało drugie życie.

Wyszliśmy stamtąd jak zaczarowani. „Dziecięce slumsy” stwierdził z przekąsem Tomek, ale widać było, że i on był poruszony. Stanęliśmy przy naszym koszu na śmieci i rozejrzeliśmy się dookoła. Po raz pierwszy spojrzeliśmy na nasze podwórko oczami naszych dzieci i zrobiło nam się wstyd: na spękanym ze starości betonie walały się śmieci i niedopałki, pod jedną ścianą stała połamana ławka, na której przysiadały starsze sąsiadki, wszystko było jakieś szare i pozbawione życia. Wracaliśmy do mieszkania, a w naszych głowach kiełkował pewien plan…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *